Contrarian investor

contrarian investorGdy byłem młody i naiwny, ze świeżo wyrobionym dowodem osobistym pobiegłem otworzyć rachunek maklerski. Nie miałem sprecyzowanej strategii ani nawet mglistej wizji tego, w jaki sposób pokonać rynek. Wiedziałem natomiast, że chcę być ‚contrarian investor’. Choć nie bardzo wiedziałem w jaki sposób kontrarianin zarabia pieniądze, to rozumowałem, poniekąd słusznie, że lepiej chadzać własnymi ścieżkami niż pędzić ze stadem rynkowych baranów. Chciałem zawierać wyrafinowane transakcje jak George Soros a nie być owieczką, która trzyma swoje środki w funduszach inwestycyjnych. Teraz wiem, że kierowało mną ego, chciałem być najsprytniejszy na rynku. Ale wtedy przystąpiłem do realizacji swojego celu.

W jaki sposób? Najprostszy z możliwych! Kiedy rosło sprzedawałem, kiedy spadało kupowałem. Gdy akcje spółki X spadały z poziomu 100 do 95 – kupowałem. Gdy spadały do 85 – dokupowałem – skoro przy cenie 95 walory X były atrakcyjne, przy 85 były niepowtarzalną okazją. Co więcej, spółka X miała jedno z najniższych P/E na rynku. Nie mogłem się nadziwić, jak głupi są inwestorzy na GPW, że nie widzą tej przecenionej gwiazdy parkietu. Tylko ja, contrarian investor, kupowałem na wyprzedaży, gdy wszyscy sprzedawali. Kilka takich kontrariańskich inwestycji wystarczyło, by wyzerować saldo w biurze maklerskim.

Po kilku latach wróciłem na rynek by ponownie spróbować szczęścia jako contrarian investor. Tym razem nie zamierzałem walczyć z trendem, łapać spadających noży ani polować na dołki i szczyty. Moja strategia ewoluowała. Nowy plan zakładał grę przeciwko obowiązującemu konsensusowi. Idea była znakomita, wszak nawet dziecko wie, że na rynkach finansowych większość się myli. Jednak nim zaczęła przynosić pieniądze, musiałem odrobić jeszcze jedną, kosztowną lekcję.

Jesienią 1999 bańka internetowa trwała w najlepsze. Wyceny były astronomiczne, sentyment byczy. Inwestorzy wmówili sobie, że prawa ‚starej ekonomii’ już nie obowiązują. Technologiczne innowacje miały wymazać ze słowników pojęcie cyklu koniunkturalnego. This time is different – mówiono sceptykom – od teraz tylko hossa. Wierzyli w to ‚eksperci’ z Wall Street jak i drobni inwestorzy. Nawet kółka gospodyń wiejskich przerzuciły się z szydełkowania na day trading. Konsensus absolutny, wszyscy stawiają na wzrosty. Nic tylko wkroczyć do akcji i sprzedawać akcje na krótko. Jak się później okazało – świetny pomysł – po ustanowieniu szczytu w marcu 2000 roku, indeks Nasdaq stracił 3/4 wartości.

Był tylko jeden drobny problem – timing. Zajmując krótkie pozycje w październiku 1999, sprzedawałem przewartościowane akcje wbrew powszechnemu optymizmowi. Wydawało mi się to kontrariańską zagrywką godną mistrzów Wall Street. Dlatego bardzo się zdziwiłem, gdy w ciągu kolejnych 5 miesięcy Nasdaq podwoił swoją wartość. Zamiast krociowych zysków dostałem telefon od maklera – margin call. Marnym pocieszeniem była dla mnie informacja, że w podobny sposób ‚popłynął’ legendarny zarządzający w funduszach Sorosa – Stanley Druckenmiller.

załamania bańki na Nasdaq

Ale nie ma tego złego. Nauczyłem się raz a dobrze, że:

Timing is everything.
Markets can remain irrational longer than you can remain solvent.

Zrozumiałem, że gra przeciwko konsensusowi to prawidłowe podejście jednak szwankowała egzekucja. Brakowało mi cierpliwości by poczekać na odwrócenie trendu. Wchodziłem pod rozpędzony pociąg zamiast poczekać, aż wytraci rozpęd i zacznie się osuwać pod własnym ciężarem.

Wnioski jakie wyciągnąłem z tych wydarzeń leżą u podstaw mojej dzisiejszej filozofii: Należy grać przeciwko konsensusowi ale nie przeciw trendowi. Należy otwierać pozycje odwrotne do obiegowej opinii ale dopiero wtedy gdy trend się odwróci i rynek ruszy w obstawianym przez nas kierunku.

Brzmi to zapewne dość mgliście więc postaram się wytłumaczyć na przykładzie. Użyję do tego celu hossy na rynku złota, która trwała w latach 2001-2011. Wartość kruszcu poszybowała z poziomu $250 w lutym 2001 do $1900 w lecie 2011 – wzrost o 660%. Motorem tej hossy była narracja o upadku walut papierowych i hiperinflacji wywołanej dodrukiem pieniądza przez banki centralne. Wyznawców tej teorii było tak wielu, że dorobili się pejoratwnej ksywki – gold bugs.

Lipiec i sierpień 2011 przyniosły kulminacyjną falę hossy – w ciągu 2 miesięcy notowania złota wzrosły z $1500 do $1900. Jednak pomny doświadczeń sprzed dekady nie zamierzałem popełnić tych samych błędów. Wiedziałem, że trafienie szczytu jest niewykonalne. Wiedziałem, że nie sposób przewidzieć ani skali wzrostów ani czasu trwania hossy.

Pod koniec września 2011 kurs złota wrócił do poziomu $1500 zaliczając spadek o 21%. Rynek byka można było uznać za zakończony jednak nie zająłem żadnej pozycji. Dlaczego? Po pierwsze, zmienność była zbyt duża. Po drugie, miałem świadomość faktu, iż koniec hossy nie oznacza automatycznie początku bessy. Narracja gold bugów ciągle obowiązywała a banki centralne potwierdzały ją, wprowadzając co raz to nowsze programy stymulacyjne. Dlatego przeceny złota były płytkie i krótkotrwałe. Na rynku było mnóstwo inwestorów, którzy wierzyli, że fundamentalna wartość złota to min. $5000 i że jeśli przy cenie $1900 ‚eksperci’ zalecali kupno kruszcu to po $1500 musiał on być życiową okazją. Skąd ja to znam ;)

Prawdziwa okazja do kontrariańskiej krótkiej pozycji nadarzyła się dopiero w grudniu 2012 – 16 miesięcy po ustanowieniu szczytu hossy. Dodruk pieniądza trwał, bilanse banków centralnych pęczniały a wiara gold bugów w hiperinflację i nową falę złotej hossy była niezmącona. Tymczasem wykres pokazywał trzy nieudane ataki na poziom $1800 i brak sił po długiej stronie rynku.

złoto

12 grudnia 2012 FED ogłosił, że zwiększy skalę skupu aktywów z 40 do 85 miliardów dolarów miesięcznie. Wszystkie ‚risk assets’ natychmiast wyskoczyły do góry – akcje, ropa, złoto. Jednak entuzjazm na rynku złota szybko zgasł, cena spadła i zakończyła dzień blisko minimów. Był to koronny dowód na tezę o słabości rynku – jeśli dodatkowy dodruk dolarów nie potrafi pchnąć złota w górę, co innego może to sprawić? Jak na dłoni było widać, że ‚smart money’ wykorzystują każdą byczą wiadomość do wychodzenia z inwestycji. Otworzyłem krótką pozycję a potem poszło z górki ;)


Drugi przykład – jesień 2013 i index S&P 500.

Kontekst: Hossa w USA trwa od III 2009 – 55 miesięcy. Wbrew chórom scepytków, którzy twierdzą, że to fatamorgana wykreowana przez FED, indeks S&P zyskał w tym czasie 150%. Wreszcie w październiku nad rynkiem zbierają się ciemniejsze chmury – niedźwiedzie i łapacze szczytów zacierają ręcę. Kryzys na waszyngtońskim Kapitolu pogłębia się, government shutdown trwa ponad 2 tygodnie i coraz głośniej mówi się o niewypłacalności rządu USA. Im dłużej trwa impas tym dramatyczniejsze komentarze mediów finansowych – pojawiają się porównania do bankructwa Rosji w 1998, restrukturyzacji Grecji w 2011 czy też wizje gospodarczego chaosu a la Zimbabwe. Brzmiało to naprawdę groźnie, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały nadchodzącą apokalipsę.

Prawie wszystkie. Amerykańskie giełdy specjalnie się tym nie przejmowały. Indeks S&P poproszony o komentarz, odparł: – Strachy na Lachy! Owszem, S&P 500 spadł w okresie 20 IX – 10 X o blisko 6%. Ale coż oznacza spadek o 6% wobec wspomianych wyżej zagrożeń? Największa światowa potęga stoi na skraju bankructwa a wszystko co potrafią ugrać niedźwiedzie to 6% ?! I to po 150% i 55 miesiącach wzrostów? W tak słabej formie los misiów był przesądzony. 10 października, kilka dni przed porozumieniem między Republikanami a Demokratami, byki rozpoczęły kontrofensywę.

S&P 500 zyskał tego dnia blisko 3% i wymazał połowę dorobku niedźwiedzi. Otworzyłem długą pozycję – klasycznie kontrariańska zagrywka. Rynek pokazywał siłę wbrew powszechym, negatywnym nastrojom. Pasuje tu świetnie futbolowe powiedzonko, że niewykorzystane sytuacje się mszczą. Misie nie potrafiły strzelić do byczej bramki, mimo, że przeciwnik grał w 10-kę a sędzia zagwizdał dla nich rzut karny. Gdy oddały piłkę szybko straciły kilka goli. Do końca 2013 S&P 500 wyszedł na nowe maksima i zyskał kilkanaście procent.

bankructwo usa vs Nasdaq 100


Na koniec uwaga/ciekawostka. Zawarłem 2 bardzo udane transakcje mimo, iż miałem dość mgliste pojęcie o fundamentach na rynku złota czy s&p 500. Nie wczytywałem się w bilans FEDu, nie analizowałem wydobycia w południowo-afrykańskich kopalniach ani konsumpcji złota w Indiach. Nie ślęczałem przed CNBC, Bloombergiem czy CNN, które 24 godziny na dobe zalewały widzów morzem plotek i informacji o negocjacjach na Kapitolu. I bynajmniej nie wynikało to z lenistwa czy ignorancji. Zamiast tego spojrzałem na rynek z dystansu dzięki czemu mogłem dostrzec dywergencje pomiędzy medialnym konsensusem a zachowaniem kursu na wykresie. Dzięki temu grałem przeciwko sentymentowi większości ale nie przeciw trendowi.


update 2014-03-04: Jak tylko zamieściłem powyższy post sytuacja na Krymie znacząco się zaogniła i… dała świetną okazję do kontrariańskiej długiej pozycji na amerykańskich giełdach. Więcej w tym poście.

Udostępnij na: