Lekcja z Eurogeddonu

Eurogeddon - Krzysztof Rybiński5,73pln – to aktualna cena jednostki uczestnictwa w funduszu Eurogeddon, zarządzanego przez superstar polskich finansów, lokalnego Mr. Doom – Krzysztofa Rybińskiego (KR). 13,47pln – tyle kosztowała jednostka Opera Universa Plus w lutym 2012, kiedy stery w funduszu przejął KR i zaczął obstawiać katastroficzny scenariusz pod szyldem eurozagłady. Strata: -57,5%. Ouch.

Ten post nie będzie jednak linczem na byłym wiceprezesie NBP – już mu się dostało od mediów i blogerów. Zamiast tego zastanówmy się, co poszło nie tak w inwestycji KR i czy możemy się z tego czegoś nauczyć…

1. Ubezpieczenie czy inwestycja? Nie byłoby problemu, gdyby Eurogeddon był skonstruowany (i sprzedawany!) jako ubezpieczenie przed czarnym łabędziem. Ubezpieczenie gwarantuje nam wysokie, w stosunku do składki, odszkodowanie w przypadku wystąpienia (mało prawdopodobnej) katastrofy. W większości przypadków nic się jednak nie dzieje i polisa wygasa. Eurogeddon mógł być taką polisą, opcją put, która wygasła nie narażając inwestorów na większe straty.

Jednak KR był pełen wiary w swoje umiejętności przepowiadania przyszłości – tak powiedział Gazecie Wyborczej: …uważam, że scenariusz bankructwa Grecji, poważnych kłopotów pozostałych krajów południa Europy, tzw. PIGS, i ryzyko efektu domina w bankach w strefie euro, a może całej UE znacząco przekracza 50 proc. Dlatego od ponad roku sam inwestuję w spadki na giełdzie, dlatego też postanowiłem polecać produkt, w który sam zainwestuję, innym osobom.

Innymi słowy Eurogeddon sprzedawany był nie jako polisa, lecz jako pełnowymiarowa inwestycja z wysoką betą, możliwością straty całego kapitału, którą były wiceprezes NBP zachwalał jako pewniak – stąd rozgoryczenie inwestorów i psy wieszane na zarządzającym.

2. “Prognozowanie jest trudne, szczególnie jeśli dotyczy przyszłości” – głosi klasyk. Dobrzy traderzy nie prognozują ani nie wróżą z fusów, reagują na sytuację tu i teraz, szukając pozycji o korzystnym risk/reward. Traderzy nie mają szklanej kuli i mylą się bardzo często – być może częściej niż w połowie przypadków. Gdy złapią trend, budują pozycję i maksymalizują zyski. Gdy są w błędzie, podwijają ogon i czym prędzej tną straty. Nie przywiązują się do jednej wizji rynku, nie mają ego. Wolą mieć pieniądze niż mieć rację.

Co innego KR. Jako finansowy celebryta i bywalec mediów, kieruje się nieco innymi kryteriami. Chce zostać polskim Roubinim – błyskotliwym ekonomistą, który przewidzi apokalipsę. KR ma duże ego a spektakularny sukces medialnych przepowiedni mile połechtałby jego próżność. Niestety na rynkach za ego się płaci. Na szczęście dla KR, za straty Eurogeddonu płacą głównie jego klienci.

LekcjaNie prognozuj! A kiedy zajmujesz pozycję, upewnij się czy przypadkiem wszyscy nie są po jednej stronie.

3. Wszyscy na jednej burcie. Gdy płynący łódką pasażerowie siedzą na jednej burcie, ryzyko wywrotki dramatycznie wzrasta. Coś takiego przydarzyło się KR gdy startował z Eurogeddonem. Kryzys i rozpad strefy Euro były wtedy na ustach wszystkich. Pisała o tym polska prasa, internet, CNBC i Bloomberg, mówiło się o tym w Sejmie RP, w Davos i w kolejce do mięsnego. Wyjątkowa jednomyślność.

Taki niedźwiedzi konsensus z pewnością nie sprzyja otwieraniu krótkich pozycji na ryzykowne aktywa. Podobno inwestorzy dzielą się na smart money i dumb money. W 2012 smart money pod rękę z bankami centralnymi szykowały się na wznoszącą falę oceanu płynności. Po drugiej stronie, pod nóż szli wyznawcy złota, Euro-apokalipsy, upadku dolara i bessy na giełdach. KR i Eurogeddon poszli pod nóż razem ze stadem owieczek.

Lekcja: Jeśli dla danego rynku widzisz tylko jeden możliwy scenariusz a media, komentatorzy, experci i analitycy go potwierdzają – miej się na baczności, coś jest nie w porządku. Punkt zwrotny jest blisko!

4. Podobno tylko krowa nie zmienia poglądów. Trader musi i to szybko.

To nie jest bowiem tak, że jestem sprytny, najmądrzejszy i na początku 2012 przeczuwałem nadchodzącą hossę. Wręcz przeciwnie. Argumenty o rozpadzie Europy jak najbardziej do mnie przemawiały a rynki pod koniec 2011 były słabe więc obstawiałem podobne scenariusze jak Eurogeddon. Jednak w końcu zorientowałem się, że zamiast na stypie wspólnej waluty znalazłem się na gonitwie w Pampelunie, w wielkich czerwonych gaciach. Gdy szarżuje na Ciebie stado byków nie możesz powiedzieć – To bańka wywołana przez Fed. Musisz spie#$@!@* !! A gdy opadnie kurz trzeba na rynek spojrzeć obiektywnie i dać równe szanse wzrostom oraz spadkom.

Tymczasem KR konsekwentnie trzyma się swoich założeń. Że nie przekonał go Ben ‚helicopter’ Bernanke i jego quantitative easing – rozumiem. Że nie przekonał go Mario Draghi mówiący: we’ll do whatever it takes [by uratować Euro] – rozumiem. Że nie przekonał go duet Abe/Kuroda, zapowiadający renesans Japonii – też rozumiem! I rozumiem, że Tusk, Rostowski i ich zielona wyspa też przekonać go nie byli w stanie. Ale strata kilkudziesięciu procent kapitału?

Lekcja: Miej otwarty umysł, bądź elastyczny i nie trzymaj się dogmatów. Nie ma nic złego w błędnych decyzjach, zdarzają się. Jednak nie ma nic gorszego niż trwanie w błędzie.

5. Eurogeddon nadejdzie. To lekcja dla tych, którzy mają podobne poglądy do prof. Rybińskiego. Jest bowiem bardzo prawdopodobne, że tezy KR są jak najbardziej słuszne. Jako obywatel przejmujący się przyszłością Polski i Europy, podzielam jego obawy. Wydaje mi się logiczne, że kiedyś będziemy musieli zapłacić za życie ponad stan, nadmierne zadłużenie, eurobiurokrację, bail-outy banksterów i rozwiązywanie problemów za pomocą dodruku pieniądza. Kolejny kryzys finansowy będzie bardziej przypominał rok 1929 niż 2008. Europa się rozpadnie. Papierowe waluty popadną w niełaskę, wybuchnie hiperinflacja a złoto będzie jedyną bezpieczną przystanią, itd.

Niestety, powyższy punkt widzenia na rynkach giełdowych bywa zabójczy. Dlaczego? Dwa powiedzonka:

Timing is everything.

Markets can remain irrational longer than you can remain solvent.

Po pierwsze, nikt nie wie kiedy eurogeddon nadejdzie. Być może w tym roku, być może w przyszłym. A może za 5 lat? Albo za 10? Normalny inwestor nie może czekać tyle czasu aż ziści się jego czarny scenariusz. Chyba, że ‚zarządza aktywami’ i dostaje za to coroczne wynagrodzenie :>

Po drugie, nawet jeśli giełdowe wzrosty są fatamorganą, mirażem i bańką pompowaną przez quantitative easing to nie można stawać na drodze rozpędzonego pociągu. Na cóż się bowiem zda trafne przewidywanie przyszłości jeśli w między czasie zaufanie stracą klienci lub TFI firmujące fundusz? Albo gdy makler zadzwoni z margin call? I trzeba będzie zamknąć Eurogeddon ‚za pięć dwunasta’, tuż przed eurogeddonem…

Podsumowując: Nie krytykuję poglądów ani wizji pana Rybińskiego, częściowo nawet je podzielam. Ale nie podoba mi się jego buta, pewność siebie i brak pokory wobec rynków. Za brak pokory wobec żywiołów najwyższą cenę płacą alpiniści, żeglarze ale i inwestorzy. W zderzeniu nawet najwybitniejszych teorii z realiami rynku, ten drugi ma zawsze rację. Mówiąc językiem graczy komputerowych: rynek ma więcej ‚żyć’, trader tylko jedno. Musi chronić swój kapitał a nie przekonywać rynek, że ‚ma rację’. Rynek bowiem daje się przekonać, ale dopiero gdy otrzyma ofiarę w postaci kapitału upartego inwestora.

Udostępnij na: