Stan rynków u progu 2014 roku

stan rynków finansowych 2014Ten post to nie zbiór prognoz. „Prognozowanie jest trudne, szczególnie jeśli dotyczy przyszłości” – głosi popularne powiedzenie. Zatem zostawmy rynkowe prognozy w rękach wróżbity Macieja oraz giełdowych ekspertów, którzy przepowiadając przyszłe trendy promują się w mediach. Skromny trader jak ja może jedynie napisać co widzi na giełdach tu i teraz, zachowując jednocześnie otwarty umysł i gotowość do zajęcia pozycji po krótkiej lub długiej stronie dowolnego rynku, bez wcześniejszych uprzedzeń i założeń.

1. Indeksy amerykańskie. „Bańka, bańka, bańka!” – krzyczy plejada giełdowych komentatorów. „Jesteśmy w okolicach szczytu” – przekonują inni – „ten balon pompowany QE wkrótce pęknie„. Tymczasem amerykańskie indeksy wspinają się na coraz to nowe szczyty i są zdecydowanie najsilniejszym rynkiem na świecie. Trwający już 5 lat rynek byka jest powszechnie określany jako „The Most Hated Rally in Wall Street History” – tym razem nie tylko inwestorzy indywidualni ale też wielu topowych zarządzających hedge funds nie zdążyło wsiąść do pociągu na północ. Trauma roku 2008 była i jest na tyle silna, że wielu inwestorów nawet nie myślało o kupnie akcji w pierwszych latach hossy, w kolejnych czekali na głębszą korektę, która nie raczyła się pojawić a dziś boją się kupić na szczycie.

Co sprawia, że amerykańskie giełdy są tak silne? Możemy o tym długo rozprawiać w zimowe wieczory przy kominku – być może to efekt QE, być może w realnej gospodarce jest lepiej niż nam się wydaje, być może to zasługa super innowacyjnych firm technologicznych, ciągnących indeksy w górę. Nie mam pojęcia i prawde mówiąc nie jest to aż takie ważne. Jako trader muszę odrzucić wszystkie dywagacje o poziomie zadłużenia, wartości PKB czy upadku dollara i spojrzeć na rynek okiem 4-latka – zobaczę wtedy, że porusza się on od lewego dolnego do prawego górnego rogu, czy mi się to podoba czy nie.

Nie znaczy to, że jestem bezkrytycznym optymistą. Wręcz przeciwnie. Tak jak wszyscy zastanawiam się czy to już bańka i totalne szaleństwo? Wycena Facebook’a na poziomie 140x rocznych zysków jest bardzo optymistyczna, ale przynajmniej to firma zarabiająca na czysto ponad milard dolarów rocznie przy dochodach ponad 5 miliardów. Ale Twitter? Wartość rynkowa 30 miliardów przy przychodach 500 milionów (przychodach, nie zyskach – tych Twitter jeszcze nie wygenerował) i hiperbola na wykresie. Tylko czekać na ofertę publiczną Snapchat’a – start-up’u istniejącego od dwóch lat, nie generującego ani zysków ani dochodów, którego 23-letni CEO odrzuca ofertę przejęcia przez Facebook’a za 3 miliardy dolarów w gotówce. Deja vu? Internetowa bańka z roku 2000 wróciła?

Tak to wygląda, ale… By z czystym sumieniem mówić o bańce i oczekiwać jej pęknięcia potrzebny jest jeszcze wszechobecny optymizm, wiara w świetlaną przyszłość i narracja mówiąca, że „this time it’s different„, że „internet to cudowna technologia, która zmieni świat„, że „ceny nieruchomości zawsze idą do góry” itd. itp. Tymczasem obecnie sytuacja wygląda zgoła inaczej – zamiast stawiać śmiałe prognozy na 2014, ‚eksperci’ prześcigają się w przepowiadaniu szczytu i mówią o bańce. Czy możliwa jest bańka, którą każdy widzi i rozpoznaje?

Podsumowując – mimo sceptycyzmu wobec wycen i podstaw wzrostu w postaci QE, pozostaje mi trzymanie się obowiązującego trendu, czyli rynku byka. O ile obawiam się, że indeksy zaszły zbyt wysoko, zbyt szybko, to z tyłu głowy mam alternatywny scenariusz – tzw. melt-up – czyli masowe wskakiwanie do odjeżdżającego pociągu przez wszystkich, którzy mają już dość czekania na zaklinaną od dwóch lat większą korektę.

Ponieważ w połowie grudnia zrobiłem sobie przerwę świąteczną i jestem na pozycji 100% cash a jednocześnie rynek jest dość rozgrzany, przeto pozostaje czekać na dobry moment wejścia na rynek z korzystnym poziomem risk/reward. Takim momentem mogłaby być silna sesja wzrostowa z dużym obrotem, po której mógłbym zająć pozycję long ustawiając stop-lossa pod minimum dnia. Mile widziana byłaby sytuacja z pierwszej połowy października 2013 r. kiedy w mediach nastała panika związana z government shutdown i potencjalnym bankructwem amerykańskiego rządu a rynki giełdowe pokazały siłę spadając o marne kilka procent (taki spadek w momencie, gdy CNBC straszy bankructwem a la Grecja zaś Bloomberg pokazuje obrazki z Wielkiej Depresji to zdecydowany wyraz siły indeksów). Może niedługo pojawią się nowe strachy na lachy, które zdominują media lecz zostaną zignorowane przez rynki – QE taper, napięcia na Bliskim Wschodzie, katastrofa naturalna itp.

2. GPW i słabość WIG20. Na wstępie zaznaczę, że indeksy mwig40 i swig80 zanotowały solidne wzrosty i podobnie jak giełdy na Zachodzie są w modzie ‚risk-on’. Na rynku małych i średnich spółek panuje swoiste status quo, nakazujące trzymać się trendu wzrostowego – nie widzę oznak ekstremalnych nastrojów czy ekstremalnych wycen. Krótko mówiąc, sytuacja podobna jak w pkt. 1 – czekamy na okazję do wejścia na rynek, z tym, że raczej na poszczególne spółki niż na cały indeks bo kontrakt na mwig40 do najpłynniejszych nie należy a na swig80 nie istnieje. Do sytuacji na poszczególnych walorach będę jeszcze wracał.

WIG20 to inna bajka. Dla handlujących kontraktami terminowymi jest to najważniejszy indeks i to właśnie on wykazuje największą słabość. Pytanie o źródła tej słabości jest akademickie – brak NBP-QE, mizerna gospodarka, oparcie na skostniałych czempionach Skarbu Państwa a może demontaż OFE? Być może w przyszłości odpowiedź będzie ewidentna, dziś musimy postawić inne pytanie: Jeżeli WIG20 nie chce rosnąć w świecie taniego pieniądza, rekordowo niskich stóp, rekordów na giełdach zachodnich to co ma być impulsem do ruchu w górę? Jeśli WIG20 pokazuje teraz ewidentną słabość na tle innych rynków to jak się zachowa przy ochłodzeniu nastrojów na światowych parkietach? To pytania retoryczne a konkluzja jest następująca: WIG2o to kandydat na shorta!

3. Chiny. Mam wrażenie, że to modny temat i wielu ekspertów więcej o Chinach mówi niż wie. Dla mnie jest to kraj zagadka, rynek bardzo nieprzejrzysty, kulturowo niezrozumiały, o którym informacje czerpię głównie z zachodnich źródeł, które powielają stereotypy z innych zachodnich mediów. Wiem tylko, że coś jest nie w porządku. W kraju, którego PKB rośnie rok w rok o blisko 10%, indeksy giełdowe utrzymują się w ślamazarnym trendzie horyzontalnym, kilkadziesiąt procent poniżej maksimów z 2007 r.

Być może Chiny stoją przed własnym ‚Lehman moment‚ i pęknięciem gigantycznej bańki na rynku nieruchomości. Ceny nieruchomości w miastach na wybrzeżu oraz w Hong Kongu przyprawiają o zawrót głowy, choć na mnie największe wrażenie robią utopijne miasta widma, zbudowane na pustyni od zera, kolosy rozmiarów Warszawy, w których nie mieszka prawie nikt. Zbudowane nie wiadomo po co, dla kogo i nie wiadomo z czego sfinansowane. Do tej pory nikt nie przejmował się niespłaconymi kredytami na projekty służące wyłącznie podbijaniu PKB i utrzymaniu spokoju społecznego. Ale system bankowy zaczyna trzeszczeć w posadach czego dowodem są dynamicznie rosnące stawki shibor – Shanghai Interbank Offered Rate. W Stanach przed bessą roku 2008 pierwsze napięcia pojawiły się właśnie na rynku pożyczek międzybankowych.

W listopadzie ubiegłego roku odbyło się III plenum Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin – w telegraficzny skrócie – najważniejsi z ważnych w Państwie Środkach ogłosili, że przeprowadzą reformy gospodarcze, choć szczegółów jak zwykle nie podano. Chińskie akcje błyskawicznie zyskały kilkanaście procent jednak dziś nie ma już śladu po tym optymiźmie.

Podsumowując – chińskie akcje zachowują się słabo i jest to potencjalny short. Póki co powstrzymują mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, rynek jest bardzo nieprzejrzysty, z zachodnich mediów ciężko wywnioskować jakie nastroje panują na parkietach w Szanghaju i Hong Kongu, w każdej chwili mogą interweniować politycy i bankierzy PBoC. Po drugie, uzyskanie ekspozycji na chińskie spółki, zwłaszcza po krótkiej stronie, nie jest łatwe. Oczywiście da się to zrobić za pomocą ETF’ów notowanych w Stanach ale problemem są tu koszty i tzw. ‚tracking error‚. Alternatywą mogą być krótkie pozycje w kontraktach notowanych w Hong Kongu.

Jeśli scenariusz załamania w Chinach miałby się sprawdzić, być może da się znaleźć trade o lepszym risk/reward na innych rynkach – surowcowym, walutowym czy obligacji, aniżeli zajmować bezpośrednią krótką pozycję w chińskich akcjach.

4. Japonia. Jest takie powiedzonko na Wall Street, że na cmentarzu dla traderów global macro jest cały kwartał dla tych, którzy polegli obstawiając załamanie japońskich obligacji. Te trzymają się dzielnie od dwóch dekad mimo relacji długu do pkb na poziomie ~230%. Czy 2013 był rokiem przełomu i rajd na Nikkei oraz usd/jpy (osłabienie jena) to oznaka odwrotu od papierów rządowych? Wręcz przeciwnie. Obligacje 10-letnie notowane są z rentownością na poziomie 0,7%! Inwestorzy wydają się mieć bezgraniczne zaufanie nie tylko do japońskiego rządu ale i do banku centralnego, który luzowaniem ilościowym na niespotykaną dotąd skalę rozpoczął hossę na giełdzie i bessę na krajowej walucie.

I właśnie ta ślepa wiara w powodzenie działań duetu Abe/Kuroda sprawia, iż jestem sceptyczny wobec kontynuacji w/w trandów. O ile giełdy USA rosną silnie w narracji pesymizmu, zwątpienia, kłopotów fiskalnych i poszukiwaniu szczytu, to w Japonii wszyscy zdają się obstawiać jeden scenariusz: Nikkei do góry, jen w dół. Potwierdzają to dane CFTC.gov – commitment of traders – liczba traderów obstawiających spadek jena jest najwyższa w historii.

O tym czy mój sceptycyzm jest uzasadniony przekonamy się gdy światowe giełdy przejdą z trybu risk-on w risk-off. Zobaczymy wtedy czy Japonia jest faktycznie najjaśniejszą gwiazdą na firmamencie rynków czy tylko świeciła odbitym światłem Wall Street. W tym drugim przypadku krótkie pozycje na Nikkei i usd/jpy zaoferują znakomity współczynnik risk/reward, gdyż bardzo niewielu traderów zakłada niepowodzenie działań Bank of Japan.

5. Surowce.

Złoto (i srebro) było w ostatnich latach ulubieńcem mediów finansowych. Spektakularna hossa wywołana ultra-luźną polityką banków centralnych i gwałtowne załamanie w roku 2013, gdy okazało się, że dolar nie upadł, strefa Euro się nie rozpadła a hiperinflacja nie pustoszy naszych portfeli.

I to powinno wystarczyć za cały komentarz – choć wszyscy zastanawiają się „co dalej ze złotem?” – to historia pokazuje, że aktywa, które zaliczyły dynamiczne wzloty i upadki w świetle reflektorów, potrzebują dłuższej przerwy na odpoczynek nim wrócą do silnego, jasno zdefiniowanego trendu.

Krótko mówiąc – brak trendu – to diagnoza rynku kruszców, która pozostanie aktualna dopóki wykres nie pokaże czegoś innego. Próby przedwczesnego odgadnięcia kierunku mogą być kosztowne.

Surowce rolne znajdują się w objęciach bessy od wiosny 2011 lub lata 2012 (zależnie o których produktach mówimy). Nie spełniły się obawy o inflację czy wzrost popytu z Chin. Pogoda sprzyjała producentom i plony były obfite. W przeciwieństwie do złota – kompletnie zapomniane przez media.

Instynkt podpowiada mi, że czas na krótkie pozycje już minął zaś na długie jeszcze nie nastał. Impulsem do wzrostów będzie zapewne ekstrmalna pogoda w rejonach rolniczych, szczególnie w amerykańskim ‚farm belt’. Obserwujmy cierpliwie prognozy pogody ale i wykresy – to one pokażą, które płody rolne najbardziej palą się do wzrostów w obliczu suszy/powodzi itp.

Ropa naftowa, podobnie jak złoto, była bohaterką wielu dramatycznych narracji, uzasadniających wzrost jej ceny – od teorii ‚peak oil’ przez zagrożenie hiperinflacją po konflikty zbrojne na Bliskim Wschodzie. Żadna się nie sprawdziła, spadku cen nie zaobserwowaliśmy a liczba traderów obstawiających wzrosty jest wg. CFTC.gov bardzo wysoka.

I tu rodzi się pytanie, czy czeka nas masowa likwidacja długich pozycji w obliczu niespełnionych scenariuszy, tak jak miało to miejsce na złocie w 2013? Czy też zachowanie kontraktów na ropę jest oznaką siły (bo np. ożywienie na świecie jest silniejsze niż się przypuszcza) i fundamentem pod ruch na północ? W tej chwili nie znam odpowiedzi na to pytanie. Odpowiedź, jak zwykle, pojawi się najpierw na wykresach ;)

Udostępnij na: